
Dlaczego wciąż nie wystarczamy?
O kobiecym i męskim kodzie „dawania rady”
10/9/20266 min read


„Dla grubych za chuda, dla chudych za gruba” – ten paradoks, znany między innymi z piosenki Kasi Nosowskiej „Gruba i chuda”, dobrze pokazuje coś, co wielu z nas zna nie tylko z wyglądu.
Cokolwiek zrobimy, może okazać się, że nadal jesteśmy nie tacy, jacy powinniśmy być.
Za mało cierpliwi.
Za mało zaradni.
Za mało atrakcyjni.
Za mało produktywni.
Za mało obecni dla bliskich.
Za mało aktywni.
Za mało spokojni.
Za mało odporni.
A kiedy wreszcie coś osiągniemy, bardzo często nie pojawia się ulga.
Pojawia się następne „ale”.
Może jeszcze trochę schudnąć.
Może więcej zarabiać.
Może lepiej wychowywać dzieci.
Może bardziej dbać o związek.
Może więcej ćwiczyć.
Może jeszcze jeden kurs.
Może trzeba było zrobić to lepiej.
I właśnie tutaj zaczyna się pytanie, które warto postawić: skąd właściwie wiemy, że wciąż robimy za mało?
Kobiecy kod: „muszę być odpowiednia”
Wiele kobiet dorasta z bardzo silnym przekazem, że ich wartość związana jest z tym, czy są „odpowiednie”.
Odpowiednio wyglądają.
Odpowiednio się zachowują.
Odpowiednio prowadzą dom.
Odpowiednio wychowują dzieci.
Odpowiednio pracują.
Odpowiednio dbają o innych.
Kobieta ma być jednocześnie silna i delikatna, samodzielna i opiekuńcza, ambitna, ale nie „za bardzo”, atrakcyjna, ale naturalna, zadbana, ale nie próżna.
A przede wszystkim powinna dawać sobie radę.
Czasem pod tym wszystkim znajduje się bardzo proste pragnienie: chcę zasługiwać na miłość i akceptację.
„Jak schudnę, będę lepsza.”
„Jak będę bardziej cierpliwa, będę lepszą matką.”
„Jak będę bardziej interesująca, partner będzie bardziej mnie chciał.”
„Jak osiągnę więcej, wreszcie będę mogła być z siebie zadowolona.”
Problem polega na tym, że warunek nigdy się nie kończy.
Mężczyzna też dostaje swój kod
Mężczyźni często otrzymują inny komunikat.
Nie zawsze: „musisz być odpowiedni”.
Częściej: „musisz być silny”.
Masz sobie radzić.
Masz być odpowiedzialny.
Masz zarabiać.
Masz rozwiązywać problemy.
Masz nie narzekać.
Masz nie okazywać bezradności.
Masz sam znaleźć rozwiązanie.
W efekcie kobieta może dorastać z przekonaniem:
„Nie jestem wystarczająco dobra.”
A mężczyzna:
„Nie jestem wystarczająco silny.”
To różne zdania, ale ich psychologiczny rdzeń może być podobny: moja wartość zależy od tego, czy spełniam określone wymagania.
Nie chodzi oczywiście o prosty podział na „kobiety są takie, a mężczyźni tacy”. Każdy człowiek może dostać wiele różnych komunikatów. Chodzi raczej o kulturowe wzorce, które mogą wpływać na to, czego uczymy się o sobie i czego później wymagamy od siebie.
Zanim zaczniemy oceniać siebie, ktoś często robi to za nas
Ten wewnętrzny głos nie pojawia się znikąd.
Zaczyna się bardzo wcześnie.
W domu, przedszkolu, szkole.
„Stać cię na więcej.”
„Dlaczego znowu nie uważałeś?”
„Twoja koleżanka potrafiła.”
„Mogłaś się bardziej postarać.”
„Masz możliwości, tylko ich nie wykorzystujesz.”
„Dlaczego inni mogą, a ty nie?”
„Znowu nie zdążyłeś.”
Pojedyncze zdanie nie musi być krzywdzące. Dzieci potrzebują granic, informacji zwrotnej i wymagań.
Różnica pojawia się wtedy, kiedy ocena zachowania zaczyna zamieniać się w ocenę człowieka.
„Nie przygotowałaś się” mówi o konkretnej sytuacji.
„Jesteś leniwa” zaczyna mówić: taka jesteś.
„Potrzebujesz poćwiczyć” opisuje potrzebę.
„Jesteś zdolna, ale leniwa” tworzy etykietę.
I właśnie takie zdania potrafią zostać z człowiekiem na bardzo długo.
„Zdolny, ale leniwy” – zdanie, które może zostać na całe życie
„Zdolny, ale leniwy” brzmi czasem jak komplement połączony z wymaganiem.
W rzeczywistości dziecko może usłyszeć:
„Masz możliwości. Nie wykorzystujesz ich. Problem jest w tobie.”
Jeżeli dostaje czwórkę – słyszy: „stać cię na piątkę”.
Dostaje piątkę – pojawia się pytanie, dlaczego nie szóstkę.
Wygrywa konkurs – można przecież przygotować się do następnego.
W pewnym momencie sukces przestaje oznaczać „udało mi się”.
Oznacza tylko:
„Na razie nie ma powodu, żeby mnie krytykować.”
To bardzo różna sytuacja psychologiczna.
Dziecko może nauczyć się, że odpoczynek trzeba najpierw „odpracować”, a zadowolenie z siebie jest podejrzane, dopóki nie zrobi się jeszcze trochę więcej.
Kiedy wymaganie staje się manipulacją?
Nie każda krytyka, wymaganie czy postawienie granicy jest przemocą.
Dziecko może usłyszeć: „To zadanie jest twoim obowiązkiem” – i nie ma w tym nic złego.
Problem pojawia się wtedy, kiedy wymagania są połączone z upokarzaniem, zawstydzaniem, ciągłym porównywaniem, wzbudzaniem winy, etykietowaniem albo warunkowaniem bliskości i akceptacji.
„Tyle dla ciebie robię, a ty nawet tego nie potrafisz.”
„Zobacz, jak inni sobie radzą.”
„Możesz, tylko ci się nie chce.”
„Przez ciebie człowiekowi ręce opadają.”
„Jakbyś się naprawdę starała, nie byłoby problemu.”
„Jestem rozczarowany, bo wiem, że stać cię na więcej.”
Czasami takie komunikaty są nawet opakowane w troskę:
„Ja tylko chcę dla ciebie dobrze.”
„Wymagam, bo wiem, na co cię stać.”
„Nie będę cię rozpieszczać.”
I właśnie dlatego mogą być trudne do rozpoznania.
Bo dziecko może jednocześnie doświadczać presji i słyszeć, że jest to robione „dla jego dobra”.
Nie każde takie zachowanie oznacza przemoc psychiczną. Znaczenie ma wzorzec: jego powtarzalność, intensywność, relacja, możliwość sprzeciwu, sposób traktowania dziecka i to, czy akceptacja jest stale uzależniana od spełniania oczekiwań.
Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, kiedy rodzic przestaje być potrzebny
Bo jego głos można zabrać ze sobą.
W dorosłości nie trzeba już słyszeć:
„Stać cię na więcej.”
Można powiedzieć to sobie samemu.
„Muszę bardziej się postarać.”
„Nie mam prawa być zmęczona.”
„Inni dają radę.”
„Nie mogę prosić o pomoc.”
„Powinnam zrobić jeszcze więcej.”
„Nie zasługuję na odpoczynek, skoro czegoś jeszcze nie zrobiłam.”
To właśnie wtedy zewnętrzna presja staje się wewnętrznym przymusem.
Człowiek zaczyna sam siebie pilnować, oceniać i poganiać.
I może być naprawdę bardzo zmęczony, a jednocześnie nadal myśleć:
„Robię za mało.”
Szkoła uczy nas nie tylko wiedzy
Uczy również oceniania siebie.
Stopnie, sprawdziany, konkursy, porównania, pochwały, nagany, rankingi.
Oczywiście szkoła musi oceniać postępy. Problem zaczyna się wtedy, gdy dziecko zaczyna utożsamiać ocenę wykonania z oceną własnej wartości.
„Dostałem piątkę” łatwo zmienia się w:
„Jestem dobry.”
A „dostałem trójkę” w:
„Jestem słaby.”
Wtedy nawet sukces nie daje bezpieczeństwa.
Bo po piątce może pojawić się pytanie:
„Dlaczego nie szóstka?”
A po sukcesie:
„Co teraz?”
W dorosłości nauczyciel może już nie siedzieć obok.
Ale jego głos czasami zostaje w głowie.
I wtedy sami wystawiamy sobie oceny.
Z wyglądu.
Z pracy.
Z rodzicielstwa.
Z relacji.
Z produktywności.
Z tego, ile odpoczywamy.
Z tego, czy wystarczająco dobrze wykorzystujemy życie.
A współczesność dokłada do tego jeszcze więcej
Dzisiaj mamy być zdrowi, aktywni, zadbani, rozwijać się, dobrze wyglądać, pracować, zarabiać, mieć dobre relacje, wychowywać dzieci, pamiętać o rodzicach, podróżować, mieć hobby, odpoczywać, być emocjonalnie świadomi i jeszcze „dbać o work-life balance”.
Odpoczynek również stał się zadaniem do wykonania.
Trzeba odpoczywać odpowiednio.
Rozwijać się odpowiednio.
Medytować odpowiednio.
Ćwiczyć odpowiednio.
Jeść odpowiednio.
I najlepiej jeszcze robić to wszystko z poczuciem wdzięczności.
Nic dziwnego, że wiele osób ma poczucie, że nie wyrabia.
Tylko że „nie wyrabiam się” nie zawsze oznacza brak organizacji.
Czasami oznacza po prostu, że oczekiwania przekroczyły ludzkie możliwości.
Nie jesteśmy maszynami do dawania rady
Być może jednym z największych problemów nie jest to, że współczesny człowiek stał się mniej odporny.
Być może nauczyliśmy się wymagać od siebie więcej, niż człowiek jest w stanie długo udźwignąć.
I kiedy zaczynamy się męczyć, zamiast sprawdzić, czy ciężar nie jest za duży, pytamy:
„Co jest ze mną nie tak?”
Może trzeba się bardziej postarać.
Może trzeba być bardziej odpornym.
Może trzeba jeszcze coś poprawić.
Może trzeba wrócić do tej wersji siebie, która „dawała radę”.
Tylko że człowiek nie powinien być oceniany wyłącznie według tego, ile potrafi unieść.
Wystarczanie nie powinno być nagrodą
Nie musimy najpierw osiągnąć określonej wagi, stanowiska, zarobków, liczby sukcesów czy poziomu samokontroli, żeby zasługiwać na szacunek, odpoczynek i bliskość.
Nie musimy też cały czas być silni.
Możemy mieć gorszy dzień.
Możemy czegoś nie umieć.
Możemy nie mieć siły.
Możemy potrzebować pomocy.
Możemy powiedzieć „nie”.
Możemy zrobić coś wystarczająco dobrze zamiast idealnie.
I możemy być wartościowymi ludźmi również wtedy, kiedy nie dajemy rady.
Dlatego być może warto zamienić kilka pytań.
Nie tylko:
„Czy daję radę?”
Ale:
„Czy sposób, w jaki daję radę, jest dla mnie dobry?”
Nie:
„Co jeszcze powinnam zrobić?”
Ale:
„Czy naprawdę muszę to teraz robić?”
Nie:
„Dlaczego inni mogą, a ja nie?”
Ale:
„Czyje wymagania właśnie próbuję spełnić?”
I jeszcze jedno pytanie, szczególnie ważne:
„Czyj głos słyszę w głowie, kiedy mówię sobie, że znowu robię za mało?”
Może czasami problem nie polega na tym, że nie potrafimy dawać rady.
Może zbyt długo uczono nas, że musimy dawać radę za wszelką cenę.
A człowiek nie musi całe życie udowadniać, że zasługuje na dobrą ocenę.
Czasami wystarczy, że jest człowiekiem.