Dziecka jeszcze nie ma, a zadania już ma....

O ranach międzypokoleniowych

8/12/20265 min read

Dziecko, którego jeszcze nie ma, może już dostać zadanie do wykonania

Niepłodność jest doświadczeniem szczególnym również dlatego, że konfrontuje człowieka z czymś, czego nie można w pełni kontrolować. Można chodzić do najlepszych lekarzy. Można wykonywać kolejne badania, pilnować terminów, przyjmować leki, przechodzić przez następne procedury. Można robić wszystko „jak trzeba”. A mimo to nie mieć gwarancji, że pojawi się dziecko. I właśnie w takiej sytuacji mogą odezwać się znacznie starsze rany. Nie u każdego. Nie zawsze. Niepłodność ich nie tworzy. Ale może je bardzo boleśnie odsłonić.

Kiedy jej rana mówi: „muszę zasłużyć na miłość”

Wyobraźmy sobie kobietę, która dużo wcześniej nauczyła się, że na miłość trzeba zasłużyć. Trzeba być dobrą. Potrzebną. Troskliwą. Trzeba spełniać oczekiwania. Nie sprawiać problemów. Taka kobieta może wejść w dorosłość z głęboko ukrytym przekonaniem: „Jeżeli jestem wystarczająco dobra, będę kochana.”

A potem chce zostać matką. Mijają miesiące. Później lata. Dziecka nie ma. I wydarzenie biologiczne zaczyna dotykać czegoś znacznie większego niż sama płodność. „Dlaczego inne kobiety mogą, a ja nie?” „Co jest ze mną nie tak?” „Moje ciało mnie zawodzi.” „Jestem gorsza.” „Nie jestem pełnowartościową kobietą.” Wtedy dziecko, którego jeszcze nie ma, może nieświadomie dostać pierwsze zadanie: udowodnić mamie, że jest wystarczająca.

Oczywiście kobieta nie myśli: „urodzę dziecko, żeby naprawiło moje poczucie wartości”. Psychika nie działa tak świadomie. Ona po prostu rozpaczliwie chce zostać matką. Ale kolejne niepowodzenie może przestać znaczyć wyłącznie: „Nadal nie jestem w ciąży”. Może zacząć znaczyć: „Znowu okazało się, że coś jest ze mną nie tak”.

A co dzieje się z nim?

Teraz wyobraźmy sobie mężczyznę wychowanego przez surowego, dominującego albo przemocowego ojca. W jego domu bezradność mogła być czymś niedopuszczalnym. Problemy należało rozwiązywać. Emocje opanowywać. Słabości nie pokazywać. Kontrolę utrzymywać. I nagle dorosły mężczyzna spotyka niepłodność. Problem, którego nie może pokonać siłą. Nie może bardziej się postarać i zagwarantować wyniku. Nie może nakazać organizmowi wojemu ani partnerki: „Masz działać”. Nie ma nawet konkretnego przeciwnika, na którego można się zezłościć. A bezradność może być dla niego jednym z najtrudniejszych stanów emocjonalnych. Co więc robi? Czasem się złości. Na lekarzy. Na procedury. Na partnerkę. Na siebie. A czasem robi coś zupełnie przeciwnego.

Oddala się. Nie chce kolejnej rozmowy o owulacji, badaniach, transferze, ciąży. Coraz więcej pracuje. Mówi: „Zobaczymy”. „Nie nakręcajmy się”. „Nie chcę już o tym rozmawiać”. Nie musi to oznaczać, że cierpi mniej.

Czasami oznacza, że nie wie, co zrobić z własną bezradnością.

I wtedy ich rany zaczynają ze sobą rozmawiać

Ona potrzebuje zapewnienia: „Nadal mnie kochasz?” On potrzebuje uciec od sytuacji, w której czuje się bezsilny. Im bardziej on się oddala, tym mocniej ona doświadcza: „Wiedziałam. Nie jestem wystarczająca”. Im bardziej ona potrzebuje rozmowy, bliskości i zapewnienia, tym bardziej on może doświadczać: „Znowu mam coś naprawić, a nie potrafię”. Więc oddala się jeszcze bardziej. Ona jeszcze bardziej się boi. I powstaje błędne koło:

jej lęk → potrzeba bliskości → jego bezradność → złość lub wycofanie → jej poczucie odrzucenia → jeszcze większy lęk.

A przecież oboje mogą bardzo się kochać. I oboje mogą bardzo chcieć tego samego dziecka.

A potem dziecko wreszcie się pojawia

Można pomyśleć: koniec problemu. Udało się. Jest ciąża. Jest dziecko. Tylko że pozytywny test ciążowy nie kasuje historii psychicznej rodziców. Jeżeli nie zobaczyli własnych ran, mogą one wejść razem z nimi do pokoju dziecięcego. Tyle że teraz dostają nowe miejsce, w którym mogą się ujawnić.

Mama, która tak długo czekała

Dziecko stało się spełnieniem ogromnego pragnienia. Ale jeżeli wcześniej miało również nieświadomie potwierdzić:„Jestem wystarczająca. Jestem kobietą. Jestem wartościowa. Mogę być kochana” — jego późniejsza odrębność może być szczególnie trudna. A zdrowe dziecko robi przecież coś, czego rodzic czasami bardzo nie lubi. Mówi „nie”. Złości się. Protestuje. Woli koleżankę. Nie chce przytulenia. Zamyka drzwi. W wieku nastoletnim może powiedzieć: „Nie rozumiesz mnie”. „Zostaw mnie”. „Nie chcę z tobą rozmawiać”. Dla matki, która potrafi oddzielić własną wartość od emocji dziecka, jest to trudne, ale możliwe do uniesienia:

„Moje dziecko jest na mnie wściekłe. I nadal jestem jego mamą. Nadal je kocham. Ono nie musi być ze mnie zadowolone”.

Ale jeśli stara rana nadal mówi: „Muszę zasłużyć na miłość” — może pojawić się pokusa, żeby znowu zasługiwać. Ustępować. Wyręczać. Ratować. Nie stawiać granic. Nie pozwalać dziecku doświadczać frustracji. Robić wszystko, żeby tylko się nie obraziło. A czasami komunikować: „Tyle dla ciebie zrobiłam”. „Wiesz, ile na ciebie czekaliśmy?” „Jak możesz mi to robić?” I wtedy dziecko zaczyna dostawać kolejne zadanie: „Nie wolno ci mnie odrzucić, bo ja potrzebuję twojej miłości”.

A tata znowu spotyka coś, czego nie może kontrolować

Dziecko również nie jest projektem, którym można zarządzić. Płacze, kiedy rodzic chce spać. Nie je, kiedy powinno jeść. Nie zasypia, kiedy powinno zasnąć. Ma temperament. Ma własne potrzeby. A potem zaczyna mówić: „Nie”. I mężczyzna, który nigdy nie nauczył się dobrze znosić własnej bezradności, może usłyszeć w tym „nie” coś zupełnie innego: „Lekceważysz mnie”. „Tracę kontrolę”. „Nie masz do mnie szacunku”. I wtedy z jego ust mogą wyjść zdania, które kiedyś wypowiadał jego ojciec: „Dziecko musi znać swoje miejsce”. „Nie będziesz mi pyskować”. „Mnie ojciec wychował twardą ręką i wyszedłem na człowieka”. „Teraz jest jakieś bezstresowe wychowanie i dlatego dzieci robią, co chcą”. I historia zaczyna się powtarzać. Nie dlatego, że ten człowiek postanowił zostać swoim ojcem. Ale dlatego, że w chwili bezradności sięga po jedyny model siły, jaki naprawdę dobrze zna.

I wtedy spotykają się znowu

On nie może znieść sprzeciwu dziecka, bo czuje, że traci kontrolę. Ona nie może znieść sprzeciwu dziecka, bo czuje, że traci jego miłość. On mówi: „Masz mnie słuchać”. Ona komunikuje: „Nie możesz się na mnie złościć”. On potrzebuje posłuszeństwa. Ona potrzebuje zapewnienia o miłości. Przy nim dziecko uczy się: „Nie wolno mi rozzłościć taty”. Przy niej: „Nie wolno mi zranić mamy”. I w tym miejscu warto zadać najważniejsze pytanie: Kto w tej rodzinie zajmuje się emocjami dziecka? Bo może się okazać, że nikt. Dziecko jest zbyt zajęte regulowaniem emocji swoich rodziców.

Wychowanie bez przemocy nie oznacza wychowania bez granic

Dziecko potrzebuje granic. Potrzebuje frustracji. Potrzebuje usłyszeć „nie”. Potrzebuje obowiązków, konsekwencji i dorosłego, który nie boi się być dorosłym. Ale potrzebuje też prawa do złości. Do własnego zdania. Do odrębności. Do powiedzenia rodzicowi „nie lubię cię teraz” bez konieczności ratowania jego poczucia własnej wartości. I przede wszystkim potrzebuje wiedzieć: „Nie muszę się ciebie bać, żeby cię szanować”. oraz: „Nie muszę się tobą opiekować, żebyś mnie kochała”. Bo zadaniem dziecka nie jest ani zapewnienie ojcu poczucia władzy, ani zapewnienie matce poczucia, że jest kochana. To rodzice mają pomóc dziecku nauczyć się regulować jego emocje. Nie odwrotnie. A więc…

nadal uważasz, że problemem dzisiejszych dzieci jest „bezstresowe wychowanie”?

Adres

ul. Skłodowskiej
35-036 Rzeszów

Kontakt

+48 883 772 889
fomar@interia.pl